KIRGISISTAN 2017

EPILOG 1
W moim pokoju wciąż leżą rozwłóczone po kątach rzeczy – apteczka podróżna, camelbak, suszący się paszport, a w piwnicy czekający na pranie śpiwór…
To po mojej ostatniej podróży… do Kirgistanu!

PROLOG
Już samo zestawienie osób biorących udział w tej wyprawie zapowiadało ciekawe przeżycia i doświadczenia: jedna z Warszawy, dwoje z Krakowa, dwóch z Niemiec i po jednym ze Szwecji i z Singapuru. A przy tym sami Polacy, po części rodzina, po trochu ludzie widzący się pierwszy, czy drugi raz w życiu, jeden kolega z podwórka lat dziecięcych…

DRAMAT
O trasę i plan wyprawy martwić nie trzeba się było – wziął to dzielnie na siebie już miesiące wcześniej „Kierownik Jacek“. A trzeba przyznać, że ów plan ułożył bardzo ambitnie:
Ak-Suu – Altyn-Arashan – przełęcz i jezioro Ala-Kol – przełęcz Teleti i zejście do Jeti-Oguz… I to wszystko w 4 dni, z noclegami w namiotach, z plecakami, których wagi chyba nikomu nie udało się zbić do poniżej 15kg (no, może tylko Dorocie…).
Taki był plan… ale pogoda jednak chciała inaczej, dzień czy dwa przed wyruszeniem z Ak-Suu śnieg zasypał przełęcze metrową powłoką (co przy wysokościach ok. 3800m npm w zasadzie nawet w czerwcu, nikogo nie powinno specjalnie dziwić). Ale dla nas, bez zimowego osprzętu, nie do przejścia… „Odbiliśmy” się więc od zaśnieżonej ściany pod przełęczą Ala-Kol i pokornie zeszliśmy w dolinę.
Ale mieliśmy przecież Jacka i jego plan B, który zadziałał jak trzeba. Spenetrowaliśmy więc w kolejnych dniach nie tylko dolinę Altyn-Arashan ale też dolinę Jeti-Oguz wraz z doliną Kwiatów, a na koniec Dolinę Yssyk-Ata. Docieraliśmy wprawdzie do ich ujść (odwracając kierunek marszu) nie przełęczami, tylko marszrutkami i buchatkami – czyli kirgiskimi (i nie tylko) środkami lokomocji drogowej, ale i tak powetowaliśmy sobie straty z przymusowo zaniechanego planu A…

EPILOG 2:
Teraz już mam za sobą tą 10-cio dniową wyprawę w góry Tien-Shan, no i głowę pełną wrażeń oraz obrazów z pięknych, surowych gór, zielonych dolin, Kirgizów wsiadających i zsiadających z konia, rwących rzek trudnych do przejścia, mam wspomnienia z wieczornych posiadówek przy ognisku w gronie świetnych, serdecznych ludzi, z krążącą butelką biszkeckiego koniaku, tudzież balsamu ziołowego do użytku (chyba) wewnętrznego…
No i mam jeszcze coś… mam cel… bo przecież nie zobaczyłem jeszcze jeziora Ala-Kol…

PS. Dorota, Grażka, Ignacy i Jacek – pozwoliłem sobie użyczyć Waszych zdjęć… 

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Caesar Hannak